«Au-delà des apparences» „Pozory mylą” – wyróżnione opowiadanie Eva Czaja-Przewlocki

Shanti wyszedł z wody rozkoszując się dreszczem pokonanej o świcie fali. Rozpiął skafander i obnażył młodzieńczy tors. Jego oliwkowa skóra kapała się jeszcze chwilę we wschodzącym słońcu. Podniósł deskę i przeczesał palcami kruczoczarną czuprynę. Skierował spojrzenie w głąb lądu. Pomachał komuś w dali i prężnym krokiem ruszył w stronę nadmorskiej willi. Wciągał przez nozdrza zapach pobliskich sosen. Pulsowała w nim obiecująca energia poranka.


Jo lubiła zaczynać dzień od kontemplacji wschodu słońca na balkonie swojej rezydencji. Nie pływała już co rano, ale nadal czuła słony smak morskiej wody na ustach. Z dziennikiem i wschodzącym słońcem witała kolejną szansę jaką dawało jej życie.

Zamieszkała w Hamptons po opuszczeniu zbyt ciasno myślącego Paryża. Dom nad morzem był jej marzeniem od młodych lat i kiedy jej trylogia odniosła sukces, niemal z dnia na dzień zatrzasnęła drzwi swojego paryskiego mieszkania i wyjechała do Stanów.


Książka zawdzięczała swoją popularność za Atlantykiem francuskiej atmosferze tak uwielbianej przez Amerykanów. Sofia Coppola zabiegała o prawa do adaptacji filmowej, zachwycona wyzwaniem jakie stawiała reżyseria wewnętrznych przeżyć bohaterów w kontraście z ich codziennym życiem. Jo od zawsze wiedziała, ze jej losy zwiążą się z Ameryką, mnie przypuszczała jednak, że dozna tam inspirującego życia i przeżyje najpiękniejszą miłość.


Esther już na studiach zaczytywała się stylem pisarskim Jo, której pióro potrafiło wprowadzić jej ciało w wibracje. Kiedy udało jej się dotrzeć na seans dedykacji w Nowym Yorku wystarczyło jedno spojrzenie w stalowe oczy Jo, by poczuć się «w domu». Przez minutę podziwiała jej srebrne włosy, rozświetlający twarz uśmiech, siatkę zmarszczek rysującą na twarzy mapę głęboko przeżytego życia. Ledwie usłyszała pytanie o jej imię i kolejne o ulubionego bohatera. W kilka chwil trzymała w ręku zadedykowany egzemplarz „Au-delà des apparences” („Pozory mylą” – przyp. aut.) i wychodziła na rozbrzmiałą wieczornym ruchem ulicę Greenwich Village, zmieniona na zawsze.


Jo wróciła do hotelu w Tribeca zmęczona całowieczornym maratonem dedykacji, aczkolwiek naładowana pozytywnie przychylnością fanów. Puściła wodę do wanny. Zadbano nawet o jej ulubione Phyto-Bain o zapachu lawendy i petigrain. Już chciała wejść do aromatycznej piany, gdy telefon przypomniał jej o wiadomości od Shanti. To dziwne, ze zostawił ją na sekretarce. Co mogło się wydarzyć, że on, który zwykle ogranicza się do SMS-ów i urodzinowych kartek, nagle dzwoni? Założyła ulubione jedwabne kimono i usiadła, by oddzwonić do syna. Czy zastanie go znów w biegu? Shanti był obieżyświatem. Nie buntowało jej nieustatkowanie syna, bo sama miała duszę wagabunda. Żałowała jedynie, ze tak rzadko się widują. Odebrał po kilku sygnałach, komunikacja nie była najlepsza.

– Gdzie jesteś? – zapytała.

– Bonjour Maman! – odpowiedział po francusku. – Wciąż w Indiach, ale kończymy już misje w Bombaju.

– Widziałeś ojca?

– Nie. Dobrze wiesz, ze nie zaakceptował mojego wyboru. Nie zostałem inżynierem, więc jako vaurien (nicpoń – przyp. aut.) go nie interesuję. – Naburmuszył się obnażając wciąż bolącą ranę.

– Shanti! – przerwała energicznie Jo – znasz przecież jego kulturowa programację! Kocha Cię całym sobą (jak mnie kiedyś – pomyślała), tylko niestety nadal nie umie tego wyrazić.

– Maman… Mogę przyjechać do Hamptons?

Zapanowała chwilowa cisza w słuchawce. Umysł Jo, wskrzesił natychmiastowo stare lęki i zaczął snuć scenariusze wiszącej w powietrzu tragedii. Złamanym głosem odpowiedziała:

– Oui, mon amour! Quand tu veux… (Tak kochanie, kiedy tylko chcesz… – tłum. aut.).


Dzieciństwo Jo było swojego rodzaju sielanką. Swobodnym wzrostem, w karmiącej spokojem naturze lasów Europy Centralnej. Wolność jaką odczuwała będąc małą dziewczynką i przemierzając bezkarnie letnie chaszcze, wyhodowała w jej sercu śmiałość do podboju świata. Z nurtem pogłębianych o nim wiadomości, zaprzyjaźniała się z regionami, państwami, kontynentami. Stawały się jej bliskie, jak na wyciągnięcie ręki. Mogła sobie wyobrazić życie w każdym z nich jedynie na podstawie opisów i map.


Tak też dziecięce plany studiów historii sztuki w pobliskim mieście przerodziły się w młodzieńczą długoletnią przygodę w Paryżu. Najpierw język i cywilizacja francuska, potem pragmatycznie (i nie bez wpływu sugestii ojca) prawo międzynarodowe, z praktykami w największych gabinetach konsultingowych i misjami w całej Europie, a nawet Rosji.

Swoją fenomenalnie szybką wspinaczkę społeczną zawdzięczała w pełni ucieleśnionej tożsamości Europejki, stabilnie zakorzenionej w kulturze i z ciekawością przecierającej nowe szlaki. Płynna ekspresja w pisaniu katapultowała jej raporty do komitetu dyrekcji, a subtelny – nierozpoznawalnego pochodzenia – akcent, który zdobił jej aksamitny głos, niezawodnie urzekał w prezentacjach każdego z klientów firmy. Propozycje, nie tylko zawodowe, były liczne i nie wahała się z nich korzystać, słuchając czujnie swojej kobiecej intuicji. Pielęgnowała ją jak największy skarb i chroniła przed inkwizycją wewnętrznego krytyka, wytresowanego matczynymi naganami. Ta wolno płynąca kobieca esencja dawała jej radosne źródło kreatywności i pozwalała tańczyć w wielu aspektach życia, co profesjonalnie okazywało się niesłychanie skuteczne i przyjemne. Z lekkością flirtu łączyła więc perfekcyjnie wiedzione eksperckie audyty ze szczerze otwartymi konwersacjami o sztuce i innych talentach ludzkości. Sala konferencyjna biurowca, czy nurkowanie na Malediwach, żadnego środowiska nie uznawała za złowrogie. Emanowała pięknem, uwagą i gotowością do życia. Czerpała szansy pełnymi garściami i wszechświat wydawał się być jej za to wdzięczny.

Kiedy znalazła się tamtej wiosny w New Delhi na rozmowach z wybitnym indyjskim koncernem, który miała zwerbować dla potrzeb jej klienta z branży farmaceutycznej, coś nieokreślonego poruszyło jej wnętrzem. Miała się za otwartą umysłem i świadomą kobietę, a tutejsze, współżyjące ze sobą prężnym ekosystemem kontrasty nie mieściły jej się w głowie. W nocy zasypiała jak niemowlę, kołysana dźwiękami metropolii, w dzień napawała się energią symbiozy jaka rozciągała się przed jej oczyma na każdym kroku: w biurze, restauracji, na ulicy.

Tamtego poranka, kiedy praktycznie zderzyła się z nowo mianowanym dyrektorem działu data science, straciła równowagę. Dosłownie. Jak zwykle szybkim krokiem dążąc do sali obrad potknęła się, na mikrosekundę zbita z tropu przez cudowny widok rozciągający się z okna hallu. Podtrzymało ją silne ramię, dżentelmeńskim gestem użyczając opoki. Żadne, nawet najlepiej sformułowane słowa, nie oddadzą alchemii dotyku i wzajemnego zgrania wibrujących fal. Otrząsnęła się jak zestresowane zwierzę przepraszając za nieuwagę.

Z animuszem dokonała prezentacji i zamknęła pomyślnie negocjacje korzystną umową o współpracę na światową skalę. Od bankietu świętującego umowę wszystko potoczyło się jak w przysłowiowej bajce. Jo machnęła ręką na grubą dekadę inwestycji w gruntowanie kariery. Uhonorowała zew serca i ciała idyllicznym miodowym… rokiem. Paryskie biuro przyznało jej urlop jako bonus za zręcznie poprowadzone negocjacje.


Avyaan był jej nowym początkiem, a jednocześnie czuła, że są sobie bliscy od zawsze. Każda chwila była zachwycającym odkryciem piękna codziennych gestów, współżycia z fascynującym mężczyzną, różnorodności kultur. Była zespolona ze swoją kobiecą energią i chłonęła sensoryczny przepych jaki oferują Indie (a jak wiadomo «są większe niż świat»).

Avyaan uznawał Jo za błyskotliwego stratega, z chęcią dyskutował o swoich aspiracjach i z uwagą słuchał jej rad. Było w nim tyle przeciwieństw. Jo postrzegała je jako kulturowy atut. Bezchmurne porozumienie z nią zapewniało Avyaanowi rytmiczną oscylacje w ich rajskiej bańce i chroniło go przed popadnięciem w ekstrema. Oboje czuli, że są dla siebie szczęśliwym trafem. Wyzwalali w sobie wzajemnie pragnienie rozwoju. Żadne z nich nie zawężało drugiemu perspektyw.



Kwestia małżeństwa nie była poruszana, choć niebawem miała stanąć w ich wyściełanej intymnością przestrzeni, jak potężny słoń. Po wizycie u rodziny Avyaana w Chennai, jasnym stało się, ze Jo nie mieści się w kryteriach idealnej synowej. Powierzchownie dyplomatyczne konwersacje z jego rodzicami, były pełne rozczarowania z obu stron. Jak to możliwe, że odrzucają ją do tego stopnia? Avyaan szczerze chciał wierzyć, że piękno ciała i duszy Jo urzeknie rodziców. Nie liczył się z tysiącletnim prawem hierarchii, które mimo starań młodych, pozostawało jedynym słusznym w jego rodzinie.

Powrót do Delhi i kolejne tygodnie były szczególnie namiętnym okresem, jakby dla zatarcia śladów niemożliwej do zaakceptowania dla obojga sytuacji. Umysł Jo jednak nie pozwolił puścić płazem niedomówień i pewnego pięknego wieczoru, na tarasie przepełnionym wonią jaśminu, rozpoczęła rozmowę na niewygodny temat. Miała nadzieje, że Avyaan okaże tyle siły i zapału do wspólnej przyszłości, ile otrzymywała co noc w jego uścisku. Pierwszy raz dostrzegła w znanym na pamięć ciele mężczyzny strapioną twarz i przykuloną sylwetkę małego, ukaranego chłopca. Nie mogła przebaczyć mu braku odwagi.

Wróciła do Paryża kilka dni później. Natychmiastowo rzuciła się w wir pracy. Oczywiście musiała wykonać kilka piruetów przed nową radą zarządu, ale było to dla niej zabawą. Kolejne wyzwanie jej życia było już w rozpędzie i obiecała sobie stworzyć najlepsze warunki, by mu sprostać. Nie odbyła żałoby po relacji z Avyaanem. Nie umarł przecież.

Shanti urodził się w pięknym krzyku. Jo w ekstazie matczynej miłości przytuliła do piersi piękne maleństwo z bujną czupryną i poczuła pokój oraz harmonię jakich nie zaznała nigdy. Dusza Shanti była największym darem jakim dane jej było się opiekować na tej Ziemi. Nic nie mogło zaburzyć ich doskonałej relacji. Nie pozwoli by cokolwiek stanęło na drodze ich szczęściu.

Zrezygnowała z absorbującej czas pracy, by nacieszyć się każdą chwilą jego dorastania. Lata mijały błyskawicznie. Jej zakonniczo zdyscyplinowane teraz życie, było wszakże pełniejsze radości niż kiedykolwiek. Chłopczyk rozwijał się bezproblemowo, ze wspaniałą wrażliwością na otaczającą naturę.

Wczesne lata dzieciństwa Shanti zainspirowały Jo pierwszy tom powieści. Zawarła w niej wszystkie doświadczone na własnej skórze nakazy, jakimi wiąże nas społeczno-kulturowy kaftan. Pisanie było jak katharsis. Ocaliło jej zdrowe zmysły i dało ujście kumulującym się frustracjom rodzica-solo.

Dojrzewali razem, odważając się na coraz dalsze podróże, coraz głębsze przeżycia. Razem czytali, tańczyli, pływali, wspinali się, fotografowali i pisali. Codziennie, z nabożnością medytacji. I tak wyrośli, Shanti na reportera-ekologa, nie zagrzewającego miejsca aktywistę z naturalnym talentem do zjednywania ludzi, Jo na jedno z najbardziej współcześnie cenionych piór literackich, krytykujących swoimi postaciami niespójności aktualnego przekazu społecznego.


Po drugiej stronie Atlantyku, w nowojorskiej dzielnicy Midwood dorastała Esther. Najstarsza z sześciorga rodzeństwa, jej dzieciństwo było przepełnione zadaniami jakie musi spełniać dziewczynka z porządnego domu. Sąsiedztwo było enklawą tradycji, ale szkoła publiczna dostarczała wrażeń, zbyt szokujących dla młodego, czystego serca.

Borykała się więc samotnie ze swoją niewdzięczną nastoletniością, rozdarta pomiędzy przykazami ortodoksyjnego wychowania, a przepastnością internetowych hardcorów z satysfakcją podsuwanych przez obyte koleżanki. Nie było w tym miejsca, ni czasu na doznanie swoich zmysłów, na poznanie ciała, ni swojego, ni drugiej osoby. Lektura stanowiła jednoczenie odskocznię i nauczyciela. Wynegocjowany z zapałem u rodziców uniwersytet przyniósł ulgę. Chciała dostać się do Instytutu Sztuk Pięknych, ale rodzice wyperswadowali jej ten wybór i zasugerowali pójście za wrodzonym talentem pielęgniarki. Mimo natężonego programu, czas na studiach był jej, tylko własny i władała nim poświęcając każdą wolna chwilą na zgłębianie bulwersujących ją tematów socjologicznych. Wiedziała, ze kiedyś wyrazi je z swojej sztuce.

Kiedy stanęła na ulicy w Greenwich Village zaciskając kurczowo palce na zadedykowanym egzemplarzu jej ulubionej powieści, z niedowierzaniem odnotowała wibracje w dole brzucha. Była w doskonalej formie fizycznej, więc cóż mogło powodować stan poruszenia i niepokoju? Stalowe oczy Jo wryły się w jej pamięć i wiedziała, ze tej nocy nie zaśnie. Nie tylko z powodu lektury.

Nie było praktycznie żadnej szansy by spotkać autorkę ponownie, dlaczego więc nieustannie marzyła o tej kobiecie? Co to oznacza? Z całą dziewiczą naiwnością oddała się popędowi… lektury.

Nazajutrz poranny jogging nad Hudson River miał na zawsze odmienić jej życie. We wschodzącym słońcu natychmiast rozpoznała prężną sylwetkę Jo, a kiedy spotkały się ich spojrzenia, obie wiedziały, ze nie opuszczą tego miejsca samotnie.



Radosna niespodzianka. Admiracja. Fascynacja. Płynąca ze źródła intymność. Życie Esther i Jo w Hamptons było jak wiosna i jesień w harmonii szczęścia. Na przemian jedna dla drugiej stawała się mentorką i uczennicą. Świeżość i niewinność Esther była równie kształcąca co doświadczenie Jo. Ich związek zaistniał z odwagi.

Shanti podążał konsekwentnie swoją niebrukowaną ścieżką. Liczne podróże po świecie odsłoniły przed nim ogniska problematyk społecznych i ekologicznych. Ze sprzętem fotograficznym jak orężem przemierzał teraz Indie, niestrudzenie naświetlając miejsca, gdzie pilnie trzeba było skierować uwagę i środki ratunkowe. Powołanie to pochłaniało go bez miary i nie zostawało nawet czasu na życie osobiste, czy telefon do matki. Aż do pewnego upalnego popołudnia, kiedy zatrzymał go widok tragedii syna z umierającą mu na rękach matką.

Nagłe tchnienie popchnęło go, by zadzwonić. Nie zdołał wydobyć słowa, kiedy włączyła się sekretarka.

– Maman, tu vas bien, n’est-ce pas?
(Mamo, wszystko dobrze? – tłum. aut.) – wyszeptał, modląc się, by jeszcze zdążyć ją zobaczyć. Kiedy oddzwoniła rano, słysząc jej zmęczony glos, postanowił natychmiast wsiąść w samolot.

Spotkanie po latach miało charakter świąteczny. Cały tydzień spędzili na rozmowach, spacerach i ucztach. Esther z zapałem i rozmiłowaniem słuchała ich egzotycznych opowieści. Byli dla niej wszystkim. Uczyła się z nimi każdego dnia więcej, niż za semestr na uniwersytecie.

Tego ranka wschód słońca był spektakularny i obie z Jo wyszły podziwiać go na balkon. Esther witała słońce jogą, a Jo skrobaniem radosnego haiku w pierwszych liniach swojego dziennika. Pomachały jednocześnie biegnącemu znad oceanu Shanti.

Ciepłe już powietrze mile otulało nagą piegatą skórę Esther. Jej biust wypełniał bikini, a włosy powiewały w morskiej bryzie. Usiadła na poręczy balkonu i czuła że wzrok Jo gładzi jej uda. Była szczęśliwa i wypoczęta. Jedynie trwożyła ją myśl o…

Shanti wbiegł do domu z impetem.

– Świetna fala! – krzyknął. – Powinnaś zejść do wody!

Jego zapal napotkał zimne lazurowe spojrzenie Esther. Stanął jak wryty.

– Co się stało?

Blondynka mechanicznie przeszła koło młodego mężczyzny. Shanti wbiegł do góry, susem przemierzył mały salon i pochylił się, by ucałować siwą głowę matki. Jej wzrok zastygł wpatrzony w ocean, a czoło było zimne.

Eva Czaja-Przewlocki


Dodaj komentarz