„Zdobywanie wiedzy rozwija emocjonalnie i poznawczo, uczy krytycznego myślenia, podejmowania samodzielnych decyzji, otwartości oraz ukazuje złożoność pozornie prostych zagadnień”.
Po maturze rozpoczęłam studia uniwersyteckie na kierunku przyrodniczym.
Dzięki systemowi stypendialnemu dostępnemu dla studentów pochodzących, tak jak ja, z rodzin wielodzietnych przyznano mi miejsce w Domu Akademickim i całodzienne wyżywienie w uniwersyteckiej stołówce. A dzięki korzystaniu z ogromnych, jak na te czasy, księgozbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej oraz Bibliotek Wydziałowych wreszcie mogłam znaleźć wiele odpowiedzi na wciąż ważne dla mnie pytanie „ dlaczego”.
I tym sposobem zaczęła się moja prawdziwa dorosłość, odpowiedzialność za wszystkie wybory i ich konsekwencje.
Co poza zdobyciem wiedzy kierunkowej dały mi studia? Bardzo dużo!
Poprzez kontakty z szeroko pojętą kulturą, sztuką, nauką i sportem, nastąpiła weryfikacja moich dotychczasowych, wyniesionych z domu przekonań na każdy temat. Dokonał się też mój samoistny „szlif osobisty” polegający na wzbogaceniu słownictwa i wygładzaniu tworzącej się osobowości czyniąc ją bardziej atrakcyjną wizualnie.
A kontakty z pracownikami naukowymi rożnego szczebla i rówieśnikami obu płci z rożnych stron Polski umożliwiły mi poznanie ich systemu wartości i weryfikację z moim.
Skutkiem tego zaczęła kiełkować we mnie świadomość własnej kobiecości, której początkiem było odejście od wzoru, jakim był do tej pory obraz jedynej ważnej dla mnie kobiety – mojej Matki. Od przekonania, że grzeczne dziewczynki, postępujące zgodnie z oczekiwaniami społecznymi wobec kobiet zwyciężają w życiu, a przegranymi są te niegrzeczne, kwestionujące kobiecość tradycyjną. Że postawa skromności i pokory „siedź w kącie, znajdą cię” jest antyreceptą na życiowy sukces a koniecznością wręcz jest mieć własne zdanie na każdy temat, umiejętność bronienia go oraz dobrej argumentacji na bazie wiedzy.
Dla porządku podaję za encyklopedią, że „ cechy stereotypowo dotychczas uznawane w społeczeństwach za charakterystyczne dla kobiecości to: empatia, pokora i wrażliwość, opiekuńczość, urokliwość, dobroczynność, delikatność, łagodność, ciepło, pasywność, współpraca, ekspresywność, skromność, uczuciowość, czułość, bycie emocjonalnym, uprzejmym, pomocnym, oddanym i wyrozumiałym”( sic!)
Nie ukrywam, iż zestaw tych cech był w owym czasie dla mnie tak abstrakcyjny, że nawet dziś, po upływie pół wieku, nie próbuję go skomentować!
Osobną sprawą było zdobycie posagu, jakim dla studiującej dziewczyny jest jej wykształcenie.
Dla wyjaśnienia podaję, że posag to jest kapitał, majątek wnoszony mężowi przez żonę przy zawieraniu małżeństwa. Dawniej rodzice panny młodej musieli dawać go panu młodemu w postaci wartości pieniężnej lub w naturze ( ziemia, zboża, zwierzęta itp.)
Nie zdziwię się jeżeli to zdanie o posagu rozbawi kogoś z czytelników, ale taka była prawda w owych czasach. Tyle tylko, że powojennej biednej Polsce walor posagu zmienił się ze stricte materialnego na naukowy jakim wtedy był tytuł magisterski. I rzeczywistym posagiem panny na wydaniu stawało się jej wykształcenie.
Ośrodek akademicki zawsze jest miejscem w którym życie biegnie własnym torem. A młodzież studencka przebywająca w nim przez kilka lat nie tylko studiuje, ale dojrzewa, łączy się w pary, zawiera małżeństwa, zakłada rodziny. Tak jest teraz i było wtedy gdy studiowałam więc nic dziwnego, że ten rodzaj posagu był i jest w ciągłej cenie.
***
„ Jako jest wdzięczne, małżeństwo zgodne”
Mikotaj Rej
„Kobieta – jej rola rozpatrywana w sensie małżeństwa – miała być nie tyle obiektem miłości, ile osobą umożliwiającą spłodzenie i urodzenie nowych obywateli. Dlatego też prawo otaczało opieką tę właśnie społeczną rolę kobiet”.
Wychodząca za mąż dziewczyna po studiach nie wiedziała, że w praktyce jej wykształcenie jest tylko dodatkiem, rozszerzającym jej obowiązki w małżeństwie o pracę zawodową.
Obowiązki, które w patriarchalnych społeczeństwach istniejących do dzisiaj, nie zmieniły się od wieków mimo rozwoju nauki i transformacji ustrojowych.
Nie wiedziała, że nawet z tytułem profesora wyższej uczelni w małżeństwie będzie tylko żoną czyli kobietą zatrudnioną na wielu etatach i pracującą bez wynagrodzenia siedem dni w tygodniu przez 24 godziny na dobę. Mężowie w tym czasie w niczym nie pomagali w domu. Zwyczajowo.
Będąc na piątym roku zakochałam się. Bez pamięci i na zabój!
Mało tego! Założyłam a priori, że Obiekt mej miłości ma wszystkie cechy romantycznych bohaterów z tych przeczytanych przeze mnie w wieku dojrzewania powieści i obejrzanych filmów. Obiekt co prawda, na razie ich nie okazuje – z ostrożności lub nieśmiałości – nie wiem, ale od czego jest potęga miłości? Skoro ma moc przenoszenia gór, to więcej cech romantycznych u mego Lubego z czasem nie ujawni ? Ujawni!
Cóż, w czasie mojej młodości tzw. narzeczeństwo było tylko spotykaniem się młodych poza domem. Nie było okresu docierania się bo partnerstwo wtedy nie istniało, a mieszkanie razem bez ślubu, czyli życie na tzw. „ kocia łapę” społecznie nie wchodziło w rachubę. A współżycie seksualne młodych było takim tabu, że się o nim nawet nie rozmawiało. Ta społeczna HIPOKRYZJA była głównym powodem do zawierania małżeństw przez zbyt młodych ludzi, których potem względy finansowe zmuszały do mieszkania z rodzicami.
I tu rozpoczynał się dramat bo osoba, która wchodziła z zewnątrz w obcą rodzinę musiała się spodobać wszystkim jej członkom i dopiero po ich akceptacji mogła zabiegać o uznanie jej statusu żony czy męża. Obowiązkowo musiała się dostosować do zwyczajów panujących w tej rodzinie, a jeśli tego egzaminu nie zdała, przegrywała związek.
To się może się dziś wydawać niemożliwe ale ja wiem, co mówię! Mój partner nie podlegał ocenie swoich bliskich jako mąż, ojciec i człowiek. A tym bardziej jako alkoholik, bo przecież stał się nim z mojego powodu. Jak się ma taką żonę jak ja, to się musi pić!
Ja natomiast byłam nie tylko oceniana ale wręcz tępiona jako uosobienie zła wszelakiego w moim stadle!
Zarzucano mi, że wyszłam za mąż dla nazwiska ale nikt mnie nie oświecił, jaką wagę i dlaczego, miało to bardzo pospolite nazwisko? Mimo wielu starań ze strony członków tej rodziny nie dało się ukryć, że nestor ich rodu jest osobą psychopatyczną, czerpiącą radość z psychicznego znęcania się nade mną.
Dla porządku podaję, że wszystkie te zdarzenia były rozłożone w czasie nasilając się wraz z upływem lat, a mój mąż nie reagował na żadne z nich.
Mimo wszystko, ja się w tym małżeństwie rozwijałam, dojrzewałam. Z dziewczyny stałam się kobietą, matką a mój mąż zatrzymał się na etapie Piotrusia Pana – alkoholika. I był bezkarny. Z tego powodu nasze małżeństwo w końcu się rozpadło, ale wina a była po mojej stronie , bo to ja wystąpiłam o rozwód. Sąd orzekł rozpad małżeństwa z winy męża, ale to nie miało dla jego rodziny żadnego znaczenia! To ja byłam winna bo złamałam podstawową zasadę obowiązującą społecznie. Nie tylko ujawniłam w sądzie brudy rodzinne, które przecież pierze się tylko w domu ale zamiast nadal żyć w tym stadle ukrywając wszystko przed światem ja się rozwiodłam!
Że mąż pił? No i co z tego, przecież wszystkie chłopy piją, nie on jeden.
To nie jest powód do rozwodu, inne żony mają gorzej i z tym żyją – takie było stanowisko kobiet z obu naszych rodzin. KOBIET!
W ich ocenie moja wina była większa, bo rozwodząc się z mężem alkoholikiem pozbawiłam dziecko ojca! Który piłby, biłby, ale byłby!
Często się teraz mówi, że w naszych czasach małżeństwa były bardziej trwale, bo obie strony się o to starały. Nieprawda! Kobiety wiedziały, że po rozwodzie zostaną napiętnowane i zupełnie same, bez społecznego wsparcia. W rodzinach winne temu, że złamały kościelne przykazanie – co Bóg złączył, człowiek niech nie waży się rozłączać ( „taki wstyd, w naszej rodzinie nigdy rozwodów nie było!”).
Kobiety – zawsze winne, mężczyźni- nigdy!
Z małżeństwa wyszłam tak jak stałam. Z kilkuletnim synem, kolosalną nerwicą i długami, bo mąż albo nie pracował albo nie donosił pensji do domu. Więc pożyczałam pieniądze od znajomych albo brałam chwilówki z kasy zapomogowo – pożyczkowej w szkole. Alimentów na syna też nie płacił bo przed stanem wojennym wyjechał do Australii i dla nas ślad po nim zaginął.
Po rozwodzie otoczenie sąsiedzkie nie okazywało mi współczucia. W miejsce tego byłam obserwowana – kto do mnie przychodzi i czy to są mężczyźni a jeśli tak to ilu? Zamężne koleżanki przestały mnie zapraszać, bo byłam wolna i przez to stałam się dla nich potencjalnym zagrożeniem. W ich mniemaniu nie miałam nic innego na myśli jak właśnie im odebrać męża i zniszczyć życie małżeńskie.
Byłam groźna bo miałam odwagę zmienić swoje życie, wyjść z toksycznego związku w którym wiele z nich wciąż tkwiło. Stałam się przez to ich wyrzutem sumienia i wrogiem z automatu. Rozwódka była w tych czasach postrzegana w społecznej duszy kobiet jako niemoralna.
To był czas w którym kobiety tak właśnie myślały o innych kobietach. I wiem, że mimo upływu lat wiele z nich jeszcze tak myśli!
Tutaj >>> Wybór świadomego kształtowania swojej kobiecości. Część 1. Narodziny.

Halina Gumowska
Emerytowana nauczycielka – pedagog, trenerka umiejętności społecznych i rozwoju osobistego. Autorka książek psychomotywacyjnych „Odnaleźć siebie”, „Zostań Kopernikiem” i realizatorka psychoedukacyjnych programów autorskich, adresowanych do młodzieży szkolnej i osób dorosłych z rożnych grup zawodowych i środowiskowych, dotyczących rozwoju ich kreatywności i uruchamiania wewnętrznego potencjału. Specjalistka w zakresie prowadzenia szkoleń dotyczących kreatywności, komunikacji interpersonalnej, psychomotywacji, usprawniania pamięci i redukcji stresu. Dziennikarka portalu mywtoruniu.pl.