„Nikt nie rodzi się kobietą, ale raczej staje się nią.”
Simone de Beauvoir
Urodziłam się trzy lata po wojnie w niewielkim mieście na południu Polski. Drobinka o śniadej skórze i czarnych włoskach na główce. Świat przywitałam głosem podobnym do krakania wrony, więc mama żartobliwie uznała tego ptaka za duchowego patrona mych urodzin.
I dobrze, bo wieloletnie obserwacje i doświadczenia naukowe pokazały, że „wrony mają inteligencję i są w stanie zrozumieć ciąg przyczynowo skutkowy. Potrafią rozróżniać kształty i ciężar przedmiotów, a potem je odpowiednio
wykorzystać. I, co ciekawe, w podobny sposób rozumują 7-letnie dzieci” .
Ponieważ od urodzenia byłam niejadkiem, więc z braku odporności dopadały mnie wszystkie choroby wieku dziecięcego. W czasie rekonwalescencji przebywałam w domu, a mama czytała mi bajki z książeczek dla dzieci. Z
czasem poznałam literki na tyle, że mogłam je samodzielnie łączyć w wyrazy i zdania. I tym sposobem weszłam w Czarodziejski Świat Słowa Pisanego, w którym zamieszkałam na stale. Jako pięciolatka umiałam czytać i pisać, a w
wieku sześciu lat rozpoczęłam naukę szkolną.
Ale nie to nie był jedyny powód. Oficjalnie bardzo dobrze brzmiał, lecz prawdziwy był zupełnie inny. Otóż, niemal od urodzenia, zadręczałam rodzinę ciągłym zadawaniem pytania – „ciemu?”, które wraz z upływem lat przekształciło się w już poważniej brzmiące – „dlaczego?” Kto tego nie doświadczył ten nie wie, co to horror!
Psychologia słusznie uznaje pytania dziecięce za początek samodzielnego myślenia, więc rodzice posłali mnie do szkoły tak szybko, jak się dało. I mieli rację, bo odkrywanie tajników wiedzy na różne tematy, stało się z czasem moją
drugą naturą!
Przerwy między chorobami spędzałam w szkole, a czas wolny na czytaniu książek lub na podwórku z dwoma chłopcami z sąsiedztwa, bo w naszej kamienicy nie było dziewczynek w moim wieku. Gry i zabawy naszej trójki były wyłącznie ruchowe i zadaniowe, więc mama słusznie obawiała się, że siniaki i blizny na moich kończynach pozostaną ze mną na zawsze! Na szczęście w wieku dojrzewania moje preferencje co do spędzania wolnego czasu bardzo się zmieniły, a w/w ślady z czasem zniknęły.
Ktoś może pomyśleć, że skoro opisywane zdarzenia były tak dawno temu, to
już nie warto do nich wracać. Otóż, warto!
Badania naukowe niezbicie dowiodły, że największy wpływ na dorosłe życie człowieka ma jego dzieciństwo, bo w tym okresie uczy się jak przeżywać uczucia i nawiązywać kontakty z innymi ludźmi. Nic więc dziwnego, że w moim wypadku bierność i czułość kulturowo przypisane kobietom, nie miały wielkich szans na zaistnienie, bo skutkiem koleżeństwa z chłopcami rozwijały się we mnie cechy kulturowe przypisane mężczyznom.
To były późne lata pięćdziesiąte XX wieku w których poza biedą i traumą Wielkiej Wojny brakowało wszystkiego. Nic wiec dziwnego, że w wielodzietnych rodzinach, takich jak moja, rola rodziców sprowadzała się głównie do zapewnienia podstawowego bytu domownikom, natomiast psychiczny świat przeżyć dziecka nie był w kręgu ich zainteresowania.
Zwyczajowo.
„Dzięki dorosłym ludziom, którzy otaczają nas w dzieciństwie, kształtuje się
nasza sfera emocjonalna. To doświadczenia z dzieciństwa uczą nas jak kochać,
być kochanym, odczuwać szczęście, radość, spokój”.
…Każdemu wolno kochać, to miłości słodkie prawo…
Tak zaczynała się popularna przedwojenna piosenka, której często słuchałam z gramofonu mojej babci. Dojrzewałam, więc jak wszystkie dziewczęta programowo i zachłannie marzyłam o miłości. A wyobrażałam ją sobie jako coś
absolutnie nieziemskiego, dar dany od Boga… Losu… Natury… (niepotrzebne – skreślić). W każdym razie coś, co przychodzi z zewnątrz i dostaje je tylko ten, kto swoim postępowaniem na ten dar zasłuży.
Pamiętam, że tu od razu pojawiał się (do dziś nierozwiązany) problem – co trzeba zrobić, żeby dostać tę wielką płomienną i niezniszczalną miłość, która przysłowiowe góry przenosi oraz kto w istocie wartość tego działania ocenia i
według jakich kryteriów.
Czas mijał, a ja z nieopierzonej nastolatki wyrosłam na panienkę pobłażliwie przyjmującą adorację rówieśników.
Coś, co mi się z racji tak płci jak i urody należało. Nie traktowałam tych zauroczonych mną chłopców poważnie. Nie mogłam. Przecież czekałam na Wielką Miłość, która mi się należała!
Wierzyłam wtedy tak, jak wszystkie dziewczęta, że dopóki nie znajdę mężczyzny, który mnie pokocha i nie wyjdę za niego za mąż, moja kobieca i ludzka wartość jest tylko potencjalna.
W międzyczasie żyłam opowieściami z romantycznych filmów i literatury nie mając pojęcia, że osobowości bohaterów oraz ich portrety psychologiczne są jedynie wytworem wyobraźni autorów. Wierzyłam niezachwianie, że ludzie tacy
jak ci z powieści i filmów też żyją w realnym świecie. Każdego dnia byłam w stanie gotowości na spotkanie któregoś z nich.
Tymczasem życie płynęło równym nurtem, który niestety, nie przynosił miłości. Ani tej wielkiej ani tej małej. Tylko moja tęsknota za nią rosła w miarę upływu czasu. A wraz z nią przekonanie, że chyba jestem niewiele warta i na tę
wymarzoną miłość zwyczajnie nie zasługuję.
Dla porządku podaję, że o tej tajemnicy nikt nie wiedział.
Bo moje „dozgonne przyjaciółki” lubiły plotkować, a dorośli zwyczajowo nie rozmawiali z nami o dojrzewaniu, miłości, seksie, małżeństwie, rodzicielstwie etc. To była wiedza, której rąbki uchylali nam nasi już „wtajemniczeni” rówieśnicy lub starsze rodzeństwo. W polskiej literaturze były tylko dwie pozycje zawierające elementarną wiedzę tematyczną: „O czym chcą wiedzieć dziewczęta” i „Co chce wiedzieć każdy chłopiec”. Ja miałam trochę więcej szczęścia, bo jako stały bywalec osiedlowej biblioteki dotarłam do książki dla dorosłych jaką była „Higiena w życiu kobiety”. Nic wiec dziwnego, że o istnieniu jakiejś abstrakcyjnej kobiecości i męskości nikt z nas w tych czasach nie miał bladego pojęcia.
Michalina Wisłocka ze swoją „Sztuką kochania” pojawiła się dopiero dwadzieścia lat później. Był to wydany w 1976 roku poradnik dla par, który sprzedano w ilości siedmiu milionów egzemplarzy. O dziesiątkach tysięcy
pirackich dodruków nawet nie wspominam.

Halina Gumowska
Emerytowana nauczycielka – pedagog, trenerka umiejętności społecznych i rozwoju osobistego. Autorka książek psychomotywacyjnych „Odnaleźć siebie”, „Zostań Kopernikiem” i realizatorka psychoedukacyjnych programów autorskich, adresowanych do młodzieży szkolnej i osób dorosłych z rożnych grup zawodowych i środowiskowych, dotyczących rozwoju ich kreatywności i uruchamiania wewnętrznego potencjału. Specjalistka w zakresie prowadzenia szkoleń dotyczących kreatywności, komunikacji interpersonalnej, psychomotywacji, usprawniania pamięci i redukcji stresu. Dziennikarka portalu mywtoruniu.pl.